O braku siostrzeństwa

Drukuj

W czasach walki kobiet o równouprawnienie na rynku pracy często nie zdajemy sobie sprawy, że same jesteśmy swoimi największymi wrogami. Bo takiej krzywdy jak kobieta drugiej kobiecie, to nie jest w stanie zrobić żaden mężczyzna.

Niedawno, razem z moimi dwoma kolegami z firmy, zostałam zaproszona po raz pierwszy w życiu do udziału w panelu. Publiczność stanowiło grono młodych adeptów sztuki biznesu, a naszym zadaniem było opowiedzieć im trochę o pracy w telewizji. Występowaliśmy wszyscy w charakterze „młodych profesjonalistów”, a samo zaproszenie odebrałam jako nobilitujące. W końcu bycie wybraną do takiego panelu razem z wielokrotnymi zdobywcami różnych branżowych nagród to dla mnie zaszczyt.

Każdy z nas miał odpowiedzieć na dwa pytania. Ponieważ brałam udział w panelu w charakterze młodej-kobiety-której-się-udało, to drugim pytaniem zadanym mi było, oczywiście to o rosnącą rolę kobiet w naszym biznesie.
Przyznałam, że na swojej drodze spotkałam wiele bardzo silnych, ciekawych i inspirujących kobiet. Niestety często również byłam świadkiem sytuacji, w której nawet jeśli któraś z nich otrzymywała odrobinę władzy, to i tak ostatecznie była kontrolowana przez mężczyznę. Na szczycie piramidy stał właściciel firmy, reżyser, dyrektor…
Stwierdziłam też, że szkoda, że brakuje kobiet na wyższych stanowiskach, bo w bardzo konkurencyjnym, męskim gronie, czasami przydałaby się świeża perspektywa, czasem bardziej koncyliacyjna, a czasem po prostu – inna.
Wspomniałam też moją Przyjaciółkę – Weronikę Migoń, dla której solidarność kobiet miała ogromne znaczenie. Pracując z Nią przy jej pierwszym, i jak się później okazało, jedynym, filmie, miałam szansę spotkać kobietę, która była w tym temacie bezkompromisowa. Czytała, oglądała, inspirowała się, aż ostatecznie stworzyła film, który Agnieszka Holland na Jej pogrzebie określiła jako „dziewczyński”. To wspomnienie i zawodowe i prywatne trzymam w sobie gdzieś bardzo głęboko i wiele dla mnie znaczy, więc postanowiłam się nim podzielić z publicznością w sali.
Odpowiedź na pytanie zakończyłam stwierdzeniem, że być może właśnie to, że siedzę jako panelistka w tej sali i że miałam szansę dojść do tego zawodowego punktu, w którym jestem, świadczą o tym, że nadchodzi czas zmian.
Wszystko zgodnie ze sztuką.
Uśmiechnęłam się szeroko, na sali rozległy się brawa.
Spotkałam wzrokiem wzrok szefa, który nadal się do mnie uśmiechał.
Po panelu wiele kobiet mi podziękowało, koledzy pogratulowali.
Nawet przyjaciółka, zwykle ambiwalentnie nastawiona do mojej pracy, wysłuchała z zapałem relacji i przyznała, że jest ze mnie dumna, bo powiedziałam rzeczy ważne, nie tylko z własnej perspektywy, ale z perspektywy wszystkich kobiet.
Rozpłynęłam się w poczuciu dobrze spełnionego, feministycznego obowiązku.

Refleksja przyszła później.

Przede wszystkim dotarło do mnie, że byłam jedyną kobietą w panelu i że w momencie, w którym moi koledzy dostawali pytania o karierę, o branżę i doświadczenie, ja dostałam pytanie o płeć. Zostałam potraktowana jak klasyczny przedstawiciel „mniejszości”, który ma prawo pełnić rolę rzecznika całej grupy.
Wiem, że panowie, układając pytania, chcieli dobrze, więc trudno mieć mi do nich pretensje, ale nadal świadczy to delikatnie o traktowaniu młodej kobiety na dość odpowiedzialnym stanowisku, jako pewnego rzadkiego okazu, któremu należy się przyjrzeć i ocenić jego potencjał.

Poczułam się także zażenowana moim własnym niepokojem związanym ze szczerością mojej odpowiedzi. W końcu pierwszy raz bardzo otwarcie powiedziałam coś, co wiele z nas myśli, ale zwykle zachowujemy to dla siebie. Odwagi starczyło mi zaledwie na kilkanaście godzin…

Ale najbardziej uderzyło mnie co innego.
Pracowałam z wieloma inspirującymi, silnymi, fascynującymi kobietami, ale do tej pory mogę szczerze powiedzieć, że wolę, jeśli moim szefem jest mężczyzna.
Może miałam po prostu ogromne szczęście, bo spotkałam na mojej zawodowej drodze wielu mężczyzn, którzy bardzo mnie wspierali, dbali o moje interesy i pozwalali się rozwijać? Żaden nie złapał mnie nigdy za kolano, nie dał do zrozumienia, że jestem warta tyle ile ciała pokażę, nie przekroczył żadnej z granic. Więcej, widziałam, że dbają nie tylko o mnie, ale o inne koleżanki z zespołów, w których byłam. Jedynym uchybieniem większości z nich wobec mnie, była momentami delikatna nutka zwykłego szowinizmu, odbierającego mi pełną sprawczość i pełnię mocy intelektualnych. Ale te momenty słabości nie przekreślają ich ogromnego wkładu w moją zawodową drogę i tego, że przez ogromną większość czasu czułam się wspierana, doceniania i szanowana.
Z kobietami inaczej. Wielokrotnie spotkałam się z nieszczerością, niechęcią czy zawiścią. Wiele moich koleżanek ucierpiało zawodowo z powodu innych kobiet. Były poniżane, często publicznie, mobbowane, wykorzystywane w imię zasady „skoro ja mogę pracować po godzinach, to ty też”. Więcej, były i takie, które od koleżanek z pracy potrafiły usłyszeć „ciepłe słowa” na temat metod antykoncepcyjnych z okazji zajścia w ciążę na okresie próbnym. A kiedy niektóre mdlały w pracy potrafiły od swoich szefowych usłyszeć, żeby „nie przesadzały”, bo przecież nikt nie chce pracować ze „słabymi” ludźmi.

Kiedyś za pewnik uznawałam to, że jeśli ja pracuję 18 godzin na dobę, to spokojnie każda dziewczyna w zespole da sobie radę. Patrzyłam jak śpią na korytarzach, kiedy sama odbierałam telefony z poleceniami albo pretensjami o 3 nad ranem, w weekendy czy w szkole, czekając na egzamin.
Mnie jest wstyd za mnie z tamtych czasów, ale wątpię czy moje ówczesne szefowe stać byłoby na taką samą refleksję. Cały czas zdarza mi łapać się na tym, że zakładam, że jeśli ja coś mogę zrobić, to każda inna (kobieta) powinna. Od mężczyzn tyle nie wymagam.
Słyszałam o badaniach, które dowiodły, że płeć osoby przyjmowanej do pracy zależy od rekrutera. Jeśli kwalifikacje są identyczne to mężczyzna raczej przyjmie do pracy kobietę, a kobieta – mężczyznę. Dlaczego? Ponieważ kobieta od razu założy, że od kobiety może wymagać więcej, że powinna wymagać więcej, że to jest zupełnie oczywiste, że kwalifikacje kobiety powinny być wyższe, żeby zasłużyła na to stanowisko. Na bycie „wystarczająco” dobrym podczas takiej rekrutacji może być tylko mężczyzna.

W trakcie pewnego towarzyskiego spotkania miałam przyjemność uczestniczyć w bardzo interesującej dyskusji. Dwie znajome artystki (i mówię tu o artystkach przez A, a nie celebrytkach, słynących z bywania bohaterkami artykułów wątpliwej jakości) rozmawiały o czymś co nazwały „siostrzeństwem”. Jedna z nich brała wcześniej udział w jakiś ekscentrycznych warsztatach dla kobiet, a druga uczestniczyła w wejściu na Babią Górę w czasie tzw. nocy wiedźm. Właściwie jednogłośnie zawyrokowałyśmy, że kobiety zbyt mało w dzisiejszych czasach się wspierają i że kulturowo jesteśmy wyzute z takiej zwyczajnej jedności, która powinna łączyć babki, matki, córki, siostry czy przyjaciółki.

A czemu to „siostrzeństwo” nie miałoby obowiązywać też w pracy?
Wymagamy od mężczyzn, żeby nas szanowali, wspierali i dawali nam pełne pole do rozwoju zawodowego. A często największym wrogiem dla kobiety na rynku pracy jest po prostu druga kobieta. Tu żaden mężczyzna już nam nie pomoże. Jeśli w tym wyścigu szczurów mamy ścigać się na równi z nimi i mieć szanse, to nie możemy jeszcze się nawzajem na tych torach wyścigowych podgryzać.
Tak długo jak nie nauczymy się wspierać siebie nawzajem, jak nie przestaniemy patrzeć na każdą koleżankę jak na potencjalną konkurentkę, która może zabrać to wymarzone zawodowe miejsce w twardym, „męskim” świecie, tak długo nie będziemy miały co liczyć na prawdziwą równość na rynku pracy. Podobno w środowisku biznesowym głos kobiety jest bardziej słyszany, jeśli ktoś mówi w jej imieniu. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy mówiły, my-kobiety, za siebie nawzajem. Wtedy bardziej słyszalna będzie każda z nas.